
„Budził u ludzi pierwotne instynkty, wywoływał prostackie odczucia i złowrogie myśli, a to, co dobre w ludzkiej naturze, obracał w zło”
John Polidori "Wampir"
Tekst ten powstał dość spontanicznie z okazji naszego VLowego „tygodnia wampirycznego”. O ile Jass w swoim artykule skupi się na współczesnym, ukierunkowanym młodzieżowo obrazie wampira, ja nieco opozycyjnie postanowiłem zaprezentować klasyczne spojrzenie na krwiopijców. Nie przeprowadzę tu dogłębnej analizy pojęcia wampiryzmu jako takiego, gdyż musiałbym poświęcić na to całą serię artykułów. Poniższy tekst potraktujmy więc jako swoiste wprowadzenie w tematykę, obecną w kulturze od wieków. Ze względu na charakter tego artykułu, skupię się raczej na najważniejszych dziełach, pomijając te mniej istotne, czy będące bezpośrednimi inspiracjami dla literackich kamieni milowych wampiryzmu.
Wampir niemiecki, czy angielski?
Z grobu wyszłam w podsłoneczne strony
Szukać dobra swego, choć umarła,
Kochać męża, co już utracony,
Krew serdeczną wysysać mu z gardła.
Goethe "Narzeczona z Koryntu"
Choć wampiryzm w różnych formach obecny był w licznych wierzeniach od wieków, dopiero literatura pozwoliła krwiopijcom wypłynąć na szerokie wody świadomości. W którym momencie możemy zacząć jednak mówić o wprowadzeniu wampira na scenę literacką? Zdania są tu podzielone, lecz w grę wchodzą jedynie dwa dzieła: Narzeczona z Koryntu Goethego i Wampir Polidoriego. Pierwszy z utworów powstał w 1797 roku, a więc 22 lata przed opowiadaniem anglika włoskiego pochodzenia. Choć jego fabuła zaczerpnięta została ze starożytnej Grecji, a konkretniej rzecz ujmując od Flegona z Tralles (O dziwach), Goethe dokonał w niej sporej zmiany. W przeciwieństwie do chrześcijańskich moralistów, wykorzystujących powyższą historię jako zachętę do zachowania czystości, Niemiec pokazuje religię uosabianą przez matkę narzeczonej jako czynnik stający na drodze uczucia. Śmierć nie może być jednak przeszkodą dla romantycznej miłości, stąd dziewczyna powraca do ukochanego. W swej nowej formie nie jest jednak odrażająca, a wręcz przeciwnie – przypomina zmysłowe bóstwo, całkowicie zatracając w sobie kochanka.
Kiedy światło pochodni jeszcze raz zaświeciło, z przerażeniem spostrzegł ciało swojej pięknej przyjaciółki leżące obok bez ruchu. Policzki i usta Ianthe zostały pozbawione koloru. Na jej szyi i piersi była krew, a na jej gardle ślady zębów, które otworzyły jej żyły. Na nie właśnie wskazali mężczyźni, krzycząc z przerażeniem: Wampir! Wampir!
John Polidori "Wampir"
Rok 1816 zwany był w Europie „rokiem bez słońca”. Wiosną na Węgrzech i we Włoszech spadł czerwony śnieg, a obfite opady deszczu, występujące z brzegów rzeki i przymrozki występujące do późnego lata sprawiły, że zapasy zboża zostały w Europie wyczerpane. Wszystko to dzięki erupcji wulkanu Tambora w Indonezji poprzedniego roku. W czerwcu George Byron, doktor John Polidori, Bysshe Shelley, młoda Mary Wolestonecraft (późniejsza pani Shelley) oraz jej cierpiąca na histerię przyrodnia siostra Jane, zatrzymali się podczas burzy w willi Diodatti nad jeziorem Genewskim. Pogoda sprawiła, iż wędrowcy spędzili kilka niezwykle klimatycznych wieczorów czytając nowele o duchach, a ponieważ zarówno deszcz, jak i narastająca histeria młodej panny Jane pogłębiały klimat grozy - wszyscy zaczęli pisać Opowieści upiorne. Tak do życia powołany został lord Ruthven – wampir arystokrata. Bez wątpienia jest on protoplastą wampiryzmu jaki obecnie znamy, co doskonale przedstawia chociażby krótki fragment: Ci, którzy w jego obecności czuli grozę, nie potrafili wyjaśnić, czym została ona wywołana. Niektórzy przypisywali to martwemu szaremu oku, które utkwione na czyjejś twarzy wydawało się odkrywać tajemnice serca.
Przez lata przypisywany Byronowi utwór stał się zgubą Polidoriego, który porzucił praktyki lekarskie na rzecz pisania. Zmarł śmiercią samobójczą w sierpniu pięć lat po słynnym lecie w willi Diodatti, dzięki Wampirowi zyskując jednak rzecz, którą obdarował swego bohatera – nieśmiertelność.
Wychodzimy z ukrycia, czyli wampir o irlandzkim rodowodzie.
Potem, pamiętam mgliście, było tam coś ciemnego z czerwonymi oczami oraz coś bardzo słodkiego i jednocześnie gorzkiego. Wydawało mi się, że tonę i wszystko zdawało się wypływać ze mnie. Tak jakby dusza uchodziła ze mnie i unosiła się obok w powietrzu.
Bram Stoker "Drakula"
Transylwania – to słowo przychodzi na myśl jako jedno z pierwszych, jeśli mowa o wampiryzmie. To właśnie na Wołoszczyźnie Bram Stoker umieścił sporą część akcji swojej powieści. Choć na wampiryczną inspirację nadawałaby się chociażby Elżbieta Batory (liczba ofiar w granicach 650, kąpiele w krwi dziewic mające pomóc w zachowaniu młodości i inne tego typu rozrywki działają na wyobraźnię), honorowe miejsce inspiratora dla najsłynniejszego wampira wszechczasów zajął Vlad Palownik. Kwestią sporną pozostaje jedynie fakt, czy Stoker zaczerpnął od hospodara wołoskiego jedynie imię, czy również fragmenty życiorysu (choćby wyprawy wojenne do Turcji). Istnieje również teoria, że inspiracją dla autora była jedna z tak dobrze znanych mu legend irlandzkich. Opowiada ona o znienawidzonym przez lud władcy ziemskim – okrutnym karle, będącym jednak przy okazji potężnym magiem. Jak w tego typu sytuacjach często bywa, lud postanowił się go pozbyć. Na scenę wchodzi tu Cathain – wojownik z sąsiedniego królestwa, któremu złożono ofertę ostatecznej likwidacji Abhartacha. Najemni bohaterowie z nadanymi imionami w większości historii mają to do siebie, że załatwiają sprawy do końca. Tak było i w tym przypadku, a znienawidzony władca skończył zakopany w pozycji stojącej gdzieś w polu. Sprawy skomplikowały się, gdy nieco blady Abhartach pojawił się rano we wsi i zażądał krwi ludu. Wieczorem znów został zgładzony przez Cathaina i pochowany jak poprzednio, lecz sytuacja z poprzedniego dnia się powtórzyła. Nieco zdezorientowany pozytywny bohater historii, po pomoc udał się do mnichów. Jeden z nich, niejaki Eoghan doradził użycie miecza wykonanego z drzewa cisowego i zakopanie zwłok głową do dołu. Tak się stało, a grób dodatkowo posypany został prochem ze spalonego jałowca i przykryty ciężkim kamieniem. Rozwiązanie okazało się ostatecznym, a lokalna ludność zaznała wreszcie spokoju.
Niezależnie od inspiracji, wątpliwości nie ulega fakt, iż owoc pracy Brama Stokera stał się kamieniem milowym wampiryzmu. Bez Drakuli krwiopijcy nie zadomowiliby się w świadomości masowego odbiorcy, kinematografia stałaby się uboższa o czternaście pozycji (same dzieła oparte o postać wykreowaną przez Irlandczyka), a powstanie późniejszych dzieł z wampirami w tle (bądź na pierwszym planie) stanęłoby pod znakiem zapytania.
Wspominając o ekranizacjach, nie można zapomnieć o niemieckim klasyku z roku 1922. Nosferatu - symfonia grozy, będąca równocześnie jednym z pierwszych horrorów w historii kina, prezentowała nieco jedynie zmodyfikowaną historię znaną z oryginału. Zmiany nie były jednak wystarczające i proces o prawa autorskie wytoczony przez wdowę po Stokerze, zmusił reżysera do wypłacenia odszkodowania i zniszczenia wszystkich kopii filmu. Szczęśliwie niektóre przetrwały. Co więcej Max Schreck tak doskonale wczuł się w rolę, że wielu widzów zaczęło wierzyć, że autor faktycznie jest wampirem (Shreck to po niemiecku strach). Na teorii tej oparto zresztą w 2000 roku fabułę filmu Cień Wampira, w którym w rolę Maxa wcielił się Willem Defoe.
Pocztówka z Wołoszczyzny.
Od 1897 roku i premiery Drakuli Brama Stokera, wampir stał się tematem gotyckiej prozy. W czasach, gdy kwestia wampiryzmu tak mocno oddziaływała na wyobraźnię ludzką, Douglas Pendleton odbył podróż do na odległą Wołoszczyznę. Choć nie znajdziemy w jego relacji hipnotycznych spojrzeń, przemian w nietoperze i wielu innych atrybutów wampiryzmu, tekst może stać się źródłem wielu inspiracji. Pamiętam, że sam po zapoznaniu się z nim na początku szkoły średniej, napisałem opowiadanie umieszczone na Wołoszczyźnie w XIX wieku. Jako, że tekst nie jest długi, pozwolę sobie przytoczyć go w całości:
"...Rano widzieliśmy cos niesamowitego. Nasz powóz zwolnił przed rozdrożem i ujrzałem grupę ponurych mężczyzn zgromadzoną wokół otwartej trumny. Kazałem woźnicy zatrzymać się i obserwowałem z rosnącym zaintrygowaniem jak najpierw ozdobili zwłoki (leżące twarzą w dół) dzikimi różami i czosnkiem, a potem rozsypali wokół ziarno. Moje niezrozumienie przeszło w zgrozę, gdy jęli wbijać gwoździe w dłonie i stopy trupa i przebili go ostrym kołkiem. Skoczyłem do drzwiczek aby zaprotestować, ale zatrzymał mnie towarzysz podróży, pop ze wspaniałą broda. Ponury patriarcha objaśnił łamaną niemczyzną że jest to ciało młodej samobójczyni i musi być w ten sposób pochowane. Jak na mnie to niegodne, popadłem w głębokie przygnębienie. Przybywszy do Filiasi o zmierzchu minęliśmy cmentarz na skraju miasteczka. Dostrzegłem dziwna postać w prześcieradle pochyloną do ziemi, jakby czegoś szukała. Moi towarzysze podróży przeżegnali się mamrocząc modlitwy, a woźnica zaciął konie. Gdy wjechaliśmy na główna ulice, rozdzwoniły się dzwony kościelne, a wszyscy mieszkańcy pospieszyli do domów rozglądając się nerwowo. Ulice są tu osobliwie przybrane, przy drzwiach wiszą wianki czosnku, wokół okien rosną dzikie róże, a na klombach tojad mordownik, szalej i piołun. Wysiadając zauważyłem, że ulica posypana jest kolcami róży. pasażerowie rozproszyli się szybko, ja zaś skierowałem się do oberży. Gdym przechodził przez niski pachnący czosnkiem próg, powitało mnie dzikie warczenie ogromnego czarnego psa o wymalowanej na głowie jaskrawą farba drugiej parze oczu. Oberżysta przytrzymał zwierzę i przyjrzał mi się podejrzliwie. Domyśliwszy się żem jest cudzoziemcem, odezwał się szorstko lecz grzecznie po angielsku. Przy kubku krwistego wina i gęstym, choć mdłym gulaszu, wypytywałem o liczne niezwykłości, jakie napotkało w mieście oko gościa. Gdy wyjaśniłem cel mojej wizyty rozwiązał mu się język
Dokładając do huczącego ognia wylał z siebie potok informacji. Czosnek, dzikie róże i inne rośliny maja tylko jedna funkcje: odstraszyć to, czego przyjechałem szukać, czyli wampiry. Te żądne krwi upiory boją się też groźnych psów z domalowaną parą oczu. Kolce róży i ziarno jakie widziałem dzień wcześniej przy nieszczęsnej samobójczyni, miały zatrzymać uwagę powracającego z martwych, bo czułby się zobowiązany je policzyć, co by potrwało do świtu, a wtedy musi wracać do grobu. W podobnym celu rozrzucano ziarno na cmentarzu. Wtedy wspomniałem o dziwnej postaci w całunie jaka widziałem na cmentarzu. Oberżysta pobladł "Jutro zobaczy pan co robimy z żywymi trupami. Ale dziś już ani słowa". Milczał mimo zadawanych mu pytań i tylko sucho życzył mi dobrej nocy. Nazajutrz w południe mieszkańcy zebrali się na rynku. Posępni i ponurzy skierowali się na cmentarz. Było tam wiele świeżych grobów. Młodą dziewczynę na koniu oprowadzano po cmentarzu przystając przy każdej kwaterze. Przed jedną koń rzucił się nagle i stanął dęba. Na to tylko czekali ludzie, przypadli do grobu kopiąc kilofami i łopatami, aż narzędzia stuknęły o drewno. Zajrzawszy do dołu ujrzałem zwykła trumnę o lekko przymocowanym wieku, spod którego na rogu wystawał pobrudzony całun. Trumnę podniesiono, a ksiądz podszedł by ją otworzyć. W środku leżała postać o zaróżowionych policzkach, raczej ktoś śpiący, niż dwutygodniowe zwłoki. Włosy i paznokcie miała długie i zaniedbane i krew wokół ust, z których wystawały dwa długie kły. Ksiądz skropił woda święconą szpadel, pobijak i zaostrzony kołek głogowy. Jeden z mężczyzn przeżegnał się i przystawił kolek do piersi trupa, drugi zamachnął się pobijakiem. Gdy kołek przebił serce, ciało wzdrygnęło się i otworzyły się oczy. Ku naszej zgrozie wzniosła rękę i chwyciła kolek wydając upiorny wrzask, gdy krew trysnęła z rany. Zakrystian wystąpił ze szpadlem i jednym ciosem ściął jej głowę. Ohydnego żywego trupa spalono wraz z całunem na stosie z drewna głogowego. Gdy dym rozniósł się w mroźnie grudniowe niebo, mieszczanie i ksiądz zaintonowali dziwną, atonalną liturgię. Jutro wyjeżdżam do Anglii, gdzie zmarli spoczywają w grobie, a czosnek dodaje się jak Bóg przykazał do wymyślnych potraw cudzoziemskiej kuchni...."
Choć coraz prościej gaśnie życie, w prowincjonalnym małym mieście.
Dom wydawał się nachylać nad nimi, wdychając zło przez każde, nawet najmniejsze pękniecie w łuszczącej się warstwie farby.
Stephen King "Miasteczko Salem"
Tymi słowami z piosenki Grzegorza Turnau można podsumować fabułę drugiej książki w dorobku współczesnego mistrza horroru. Stephen King w swoim stylu rzuca czytelnika do Jerusalem - spokojnego amerykańskiego miasteczka, w którym (niespodzianka!) w tajemniczych okolicznościach zaczynają umierać ludzie. Książka jest bezsprzecznie jedną z najlepszych w dorobku Kinga, a dodatkowo doskonale, bez popadania w niezamierzony komizm, łączy motywy tradycyjnych wampirów z tymi bardziej współczesnymi. Pewne motywy Kingowskie na stałe weszły do wampirycznego kanonu i napotkać je można w wielu innych dziełach. Jeśli myślicie o przeprowadzeniu sesji z elementami grozy, toczącej się w jakimś współczesnym miasteczku, bądź chcecie założyć takowego PBFa – Miasteczko Salem jest obowiązkową pozycją na liście książek do przeczytania, nawet przed rozpoczęciem planowania czegokolwiek. Dzięki lekturze już nigdy beztrosko nie zaprosicie nikogo, aby wszedł do Waszego domu. Warto wspomnieć, że książka doczekała się też dwóch ekranizacji.
Przy okazji chciałem polecić dzieło w formie dla horroru dość nietypowej, a czerpiące z Miasteczka Salem pełnymi garściami (i robiące to w całkiem niezłym stylu). Wszystkim, którzy nie uważają oglądnięcia anime za czynność poniżej godności, polecam serdecznie serię Shiki. Możecie poczuć się mile zaskoczeni (jako, że tekst miał traktować o dziełach literackich, na swoją obronę powiem jedynie, że całość oparta jest na powieści Fuyumi Ono o tym samym tytule, niestety bez znajomości japońskiego w tym przypadku się nie obędzie).
Rozmowa w San Francisco
Nigdy nie wiedziałem, co to jest życie, dopóki nie zaczęło kończyć się w moich rękach
Anne Rice "Wywiad z Wampirem"
Skoro przenieśliśmy się już za ocean, nie wypada milczeniem pominąć drugiej amerykańskiej pozycji, wpisującej się w nurt wampiryczny w czasach, gdy krwiopijca był krwiopijcą, a nie nastolatkiem z poważnym kryzysem osobowościowym i setkami problemów egzystencjalnych. Mimo wszystko trzeba uczciwie przyznać, że wydany rok po Miasteczku Salem (1975) Wywiad z Wampirem autorstwa Anne Rice, zmienił sposób postrzegania wampirów. Nie są tu one stworzeniami budzącymi grozę, lecz bohaterami dramatycznymi, często budzącymi współczucie czytelnika. Ten obraz na stałe zadomowił się w popkulturze obok klasycznego wizerunku wampira – potwora. W przeciwieństwie do wielu współczesnych portretów „wampirycznych”, nie zanurza się jednak w odmętach kiczu skierowanego głównie do młodego, amerykańskiego widza, nie mającego zbyt wysublimowanych oczekiwań. Wywiad z wampirem jest pierwszą i najlepszą częścią cyklu Kroniki Wampirów, liczącego dziesięć pozycji.
Niestety, współczesne czasy nie są dla miłośników osocza zbyt łaskawe. Widząc ewolucję lorda Ruthvena, Polidori pozostałby pewnie przy zawodzie lekarza. PBFy również nie czerpią z nurtu wampirycznego, który jest przecież tak bogaty. Z wyjątkiem udanego Blood Lust, które niestety opadło z sił równie szybko co odessana przez wampira dziewica, na scenie gier forumowych panuje pod tym względem kompletna posucha. Nie wiem dlaczego nikt nie zdecyduje się na stworzenie tworu bazującego chociażby na systemie World of Darkness. W efekcie otrzymujemy kolejne fora o zakochanych wampirach. Cytując mężczyznę użyczającego swego głosu w setkach zapowiedzi filmów amerykańskich:
Something went terribly wrong…
Kelan
Komentarze