
Czy znasz to uczucie? To rwanie w trzewiach? Tą tęsknotę, słodki zapach, który zdaje się docierać zewsząd? Wiesz że to czego pragniesz jest tuż tuż, na wyciągnięcie dłoni. Ciebie zaś boli… Boli głowa, bolą mięśnie, bolą myśli. Krwiste plamki tańczą ci przed oczami, tak ze ciężko ci skupić się na obrazie jaki masz przed sobą. Ktoś coś mówi, jednak… Ty nie słyszysz, głos tej osoby nie dociera do twojego mózgu gdyż tam jest tylko on… Głód… Wierny towarzysz znów powrócił i domaga się twej uwagi. Cudownym, uwodzicielskim głosem wiernej kochanki szepcze do ciebie.
~ No dalej, wiesz że tego chcesz, że potrzebujesz… Spójrz, to jest tak blisko… Proszę, pozwól mi bym ci pomogła...
Szept w twoim umyśle. Cichy, łagodny, zabarwiony uśmiechem. Ty też się uśmiechasz. Dlaczego właściwie się opierać? Przecież znasz ją, znasz jej siłę. Ona zawsze wygrywa… Zawsze. Ty zaś jesteś nikim… Niczym, dopóki nie zaspokoisz tej potrzeby, wtedy bowiem jesteś panem! Królem świata! Nikt nie jest w stanie cię powstrzymać. Możesz mieć wszystko, zrobić cokolwiek sobie wymarzysz. Wystarczy że posłuchasz tego głosu. Spójrz, ona trzyma koronę w dłoniach, a jedyne czego chce to to byś po nią sięgnął. To takie proste. Wyciągnij dłoń… Weź… On nie ma do tego prawa. Ta władza jest twoja. Jak śmiał ją tknąć… Jak śmiał zadać ci ból?
- Tato? - niewinny głosik sprawia iż na chwilę wyrywasz się z odmętów. - Dobrze się czujesz?
Czy dobrze? Nie… Dobrze… Jak właściwie się czujesz? Spoglądasz na dłonie, które dzierżą nóż. Po co ci on był? No tak… Robiłeś kanapki kiedy…
~ Nie słuchaj, on chce cię zwieść. On to ma. Nie czujesz tego zapachu? Tej słodyczy, tej mocy którą wibruje? Czy naprawdę pozwolisz mu ją zatrzymać? Pozwolisz by zadawał ci tortury? By ranił?
- Nie… - pada z twoich ust słowo pieczęć. Oczywiście, że nie pozwolisz by ktoś inny przywłaszczył sobie ten skarb. Głód należy zaspokoić. Ją należy zaspokoić.
- Tato!... Nie… Co…
Jednak jest już za późno. Przez krzyk przedziera się opętańczy śmiech. O tak… Tak dobrze, cudowanie, błogo. Chcesz więcej i więcej… Krew skapuje na lśniącą posadzkę. Szkarłatem barwi białą koszulę. Rozlewa się na blacie stołu. Połyskuje na nożu który raz za razem opada w dół.
- Dooobrze… - szepczesz i tak właśnie się czujesz. Dokonałeś tego, pokonałeś przeciwnika. Czas zatem na nagrodę. Gorączkowo i niezdarnie przeszukujesz kieszenie szkolnego swetra, spodni, wreszcie plecaka, który leży obok. Tak! Masz, znalazłeś… Niewiele, ledwie marne resztki, starczy może by zaciągnąć się raz, dwa razy. Głód jednak cichnie na chwilę, a ty czujesz jak moc wypełnia twoje tkanki wraz z cienką smugą dymu. Tak dobrze… Przeciągasz się, uśmiechasz, wzdychasz z zachwytem.
No tak… To co też miałeś takiego zrobić? Było coś… No tak...
- To z czym chcesz tą kanapkę Tony? - spoglądasz na syna. - Wstawaj śpiochu - potrząsasz jego ramieniem. - Co do…
Ciało w zwolnionym tempie osuwa się na podłogę wydając przy tym mrożące w żyłach plaśnięcie. Chcesz krzyczeć, jednak żaden dźwięk nie wydobywa się z twych ust. Stoisz jak sparaliżowany i spoglądasz na coś, co jeszcze chwilę temu było twoim synem. Teraz, w kałuży krwi, przypomina jedynie niechcianą, zepsutą lalkę której nikt już nie kocha. Słońce lśni w złotych, nieco przydługich włosach. Jego promienie uwydatniają przerażenie w martwych, szklistych oczach. Lewa ręka drga lekko jakby w sprzeciwie, ostatnim akcie buntu przeciw okrutnej rzeczywistości.
~ Zasłużył na to… - szepcze cichy głos. Jej ręka delikatnie muska twój policzek, a twarz przysłania makabryczny widok.
- Tak - zgadzasz się z nią. - To… boli.
~ Tak… To boli, ale jest na ten ból sposób. Pozwól mi wskazać ci drogę. Pozwól mi ulżyć ci w bólu. Chodź…
I idziesz. Trzymając ją za rękę, twoją kochankę, twoją nikotynę…
- To wszystko moja wina - głos mężczyzny jest cichy, zmęczony. - Nie chciałem jednak by tak się skończyło. Chciałem pomóc. Chciałem dobrze.
Twarz mu tężeje, drżąca dłoń zbliża się do niej, przeciera przekrwione oczy, odsuwa przydługie włosy po czym opada na blat biurka.
- Ludzie umierali już wcześniej. Rak zabijał ich dziesiątkami. Pochłonął moją żonę, zabrał córkę. Musiałem coś z tym zrobić.
Spazm bólu wykrzywia jego oblicze dodatkowo uwydatniając liczne zmarszczki. Mężczyzna ten nie jest młody, a rozpacz widoczna na jego obliczu dodatkowo go postarza. Spogląda w oko kamery błagając o wybaczenie, którego wie, że nie otrzyma.
- Chciałem dobrze, - powtarza - jednak jak wielu przede mną, zawiodłem. Początki były obiecujące. Testy laboratoryjne wykazały niemal stuprocentowe obniżenie szkodliwości nikotyny. Udało się również obniżyć stopień uzależnienia jakiemu poddany został obiekt badań. Wszystko szło tak dobrze. Zbyt dobrze…
Smutny uśmiech pojawia się na jego ustach.
- Uzyskaliśmy zgodę na masową produkcję, na wprowadzenie nowego tworu do sprzedaży, na obwieszczenie wszem i wobec że nie ma się już czego obawiać. Palenie na nowo stało się modne. Słodki zapach, efekt uboczny zmian które wprowadziliśmy, dodatkowo wspomógł ów trend. Koniec ze smrodem tytoniu, żółtymi nalotami na zębach i palcach. Wciąż co prawda utrzymywał się zakaz palenia w miejscu pracy, jednak była to ostatnia, drobna przeszkoda dla rosnącej populacji miłośników nowej, bezpiecznej No-nikotyny. Z czasem przyjęła się i nowa nazwa - Notyna.
Uśmiech zamiera. Na jego miejsce powraca rozpacz. Mężczyzna wybucha śmiechem, gwałtownym, szaleńczym, zbyt głośnym by był efektem radości. Jego dłoń drga, porusza się jakby posiadła własny umysł. Szuka.
- Wybaczcie - właściciel ręki opanowuje się po długiej chwili, zbyt długiej. - To już niedługo, już czai się na obrzeżach umysłu, woła. Nie mam go czym uciszyć. Cały zapas jaki mi pozostał zużyłem by znaleźć antidotum, by naprawić to co zepsułem. Pomyśleć, że chciałem uratować ludzkość tworząc anioła. Anioła, który zmienił się w siewcę zagłady. Może tak miało być? Bez asteroidy, naturalnej katastrofy czy trzeciej wojny światowej. Ludzkość zginie z własnej ręki, kierowana własnymi pragnieniami, popędami, mroczną stroną duszy.
Chichot wstrząsa jego ciałem, które kurczy się, pochyla. Włosy przysłaniają jego twarz. Kiedyś zapewne były białe, zadbane. Teraz przypominają żółte strągi, które niczym węże wiją się wokół jego szyi, opadają na ramiona, drgają przy każdym ruchu.
- Zboczyłem nieco z tematu, wybaczcie. - Mija kolejna, długa chwila, nim udaje się mu opanować. Tym razem przerwa trwała dłużej. Nie podnosząc głowy, kontynuuje. - Wszystko szło dobrze przez pierwszych siedem lat. Dlaczego akurat tyle? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Siódemka jednak nie była w tym przypadku szczęśliwą dla ludzkości liczbą. Pierwszy przypadek szaleństwa odnotowano w Welwyn Garden City, w hrabstwie Herdfordshire, w Angli. Adam Sander, mąż Julle i ojciec Tonego oraz Carolline. Głód dopadł go rankiem, w trakcie przygotowywania drugiego śniadania dla syna. Kolejni pojawili się wkrótce. Zabijali swoje dzieci, partnerów, przypadkowych przechodniów, kolegów w pracy. Nikt nie był bezpieczny, nikt nie wiedział kto będzie następny. Świat ogarnęła panika, a za nią nadeszło szaleństwo. Rządy próbowały jeszcze walczyć, opanowywać sytuację, jednak ta nie pozwoliła im na to. W końcu poddali się jakiś rok temu. Wrota bunkrów zamknięto za plecami tych, którzy okazali się godni, by dożyć nastania nowej ery. Pozostali… Nie wiem co dzieje się z pozostałymi, gdyż uciekłem od tej wiedzy, schowałem się w moim małym świecie, napędzany tylko jednym pragnieniem - by znaleźć lekarstwo. To pragnienie nie jest już jednak jedynym.
Ręka, która wciąż wędrowała sama z siebie po blacie biurka, natrafia na coś, co skryte jest przed okiem kamery. Trwa to jednak tylko sekundę. Gorączkowe ruchy, pstryk dobywający się z zapalniczki, obłok dymu.
- Taaak - westchnienie czystej rozkoszy wydobywa się z ust mężczyzny wraz z kolejnym, szarym obłokiem. - To już ostatni. Tak samo jak ten wpis w dzienniku. Poniosłem klęskę będąc tak blisko. Zawiodłem. Wyniki moich badań nigdy zapewne nie ujrzą światła dziennego. Gdyby jednak… gdyby znalazł się ktoś, kto odnalazłby moją kryjówkę i zdołał dokończyć moje badania… Mam nadzieję, że mi wybaczy.
Mężczyzna spogląda teraz wprost w oczy oglądającego. Zaciąga się, uśmiecha i wydmuchuje kolejną porcję dymu. Jego ręka ponownie znika z widoku, a gdy się ponownie pojawia, trzyma glocka 19.
- To byłoby wszystko. Moja mała spowiedź, która zapewne nie zapewni mi otwarcia bram do raju, jednak pozwoli odejść w spokoju. Jest rok 2027, wrzesień, 20 dzień tego miesiąca.
Przykłada sobie broń do skroni i po raz ostatni uśmiecha się do kamery, naciska spust. Ekran pokrywa mozaika złożona z krwi, fragmentów mózgu i kości. Licznik na lewym, dolnym rogu w ciszy odlicza kolejne sekundy.
Termin końcowy rekrutacji: 30.10.2015r.
Liczba osób: Od 1 gracza.
http://lastinn.info/rekrutacje-do-sesji-rpg/15596-autorski-18-glod.html
Komentarze