1. Przede wszystkim podani przez ciebie autorzy reprezentują inną politykę w swoich książkach i nie porównywałabym ich do siebie. Sapkowski użył Geralta jako już doświadczoną jednostkę, Martin to przedstawiciel low fantasy, nie high fantasy jak Goodkind, więc już z samej definicji wynika, iż przedstawiają inne podejście do magii. Ponadto cykl Miecza Prawdy to typowa historia "od zera do bohatera", a magia to główny motor tej historii. Nie wyobrażam sobie, by Goodkind nagle wyznawał zasadę Martina, ich zamierzenia nie pokrywają się ze sobą.

Twierdzisz także, że Richard po tych "nowych skillach" byłby niepokonany. Nieprawda, w większości przypadkach bohater używa jej instynktownie, nie jest wyszkolony, a autor wręcz pisze między wierszami, iż gdyby przyszło do konfrontacji z dawnymi magami wojny, to Richard miałby ciężką przeprawę, a ja jestem pewna, że musiałby nadrabiać stracone lata nauki.

Nie jest wszechpotężny, zaś umiejętności, które wymieniłeś jako przesadzone nie raz i nie dwa zostały obalone przez samego autora, który jasno pokazywał w niektórych starciach, że bohater nie jest niepokonany i jego też można zabić chociażby strzałą.
2. Jeżeli dobrze pamiętam, to te bojówki miały "nakaz", zaślepieni przez magię i takie tam; ignorowali zmęczenie i ból, podążając za Kahlan nawet nie musząc jej tropić. "Heroiczny leśniczy" w życiu nie byłby w stanie ich wyminąć, bo i tak, i tak by ich otoczyli.
3. Spowiedniczka była bodajże dzień wcześniej w tym samym obozie wybadać, co to za ludzie. Miała wiedzę wojskową, a więc doskonale wiedziała, na co zwracać uwagę i kogo trzeba by było utłuc w razie potrzeby. Ten nocny atak to było nic innego jak wypowiedzenie wojny, zrobienie rozgardiaszu i pozbycie się głównego generała, więc nic tu nie było przypadkowe.
Armia Jaganga i jego Imperialny Ład - od początku wiadomo było, że pochodzą z wielkiego imperium, którego powierzchnia była o wiele, wiele większa od Midlandów, D'Hary i Hartlandu razem wziętych. Może i liczby są przesadzone, ale biorąc pod uwagę politykę tego państwa - nie dziwi mnie to jakoś szczególnie.
4. Nie pamiętam konkretnie tej sytuacji, coś tam kojarzy mi się, ale nie na tyle, bym mogła w pełni odpowiedzieć na ten zarzut.

Osobiście zawsze mi się podobał fakt, że bohaterowie krążyli po krainach i najczęściej właśnie się rozmijali.

A żeby więcej nie śmiecić tematu, to dodam coś o innych książkach.
Zamiast skupić się na starych klasykach, których mam jeszcze trochę do nadrobienia, ostatnimi czasy zaczytuję się w nowych, dopiero zdobywających uznanie autorach jak chociażby: Brent Weeks (trylogia Nocnego Anioła, Czarny Pryzmat), Peter V. Brett (Malowany człowiek i cały ten cykl, którego nazwy dokładnej nie pamiętam), Cinda Williams Chima (Cykl Siedmiu Królestw) oraz Paul Hoffman (Lewa Ręka Boga).
