Bez specjalnego wstępu przybliżę kilkoro bohaterów, których odgrywałem. Jedni zapadli mi w pamięć, innych po prostu lubiłem i lubię do dziś. Wielu z nich nie rozwinęło potencjału, ale zostanę przy tych, którymi pograłem przez forum chociaż trochę (odpowiednik jednej sesji co najmniej). Lista jest mocno zawężona, bo wymienienie wszystkich bohaterów jest niemożliwe (nie chce mi się

), dam ogląd z różnych konwencji i settingów.
Anakin Skywalker - kanon. Tak, ten Skywalker. PBF gwiezdnowojenny toczył się w okresie Wojen Klonów, Skywalker przypadł mi do odgrywania po naprawdę trudnej spuściźnie poprzedniego gracza. Nie wdając się w szczegóły: wszyscy na forum byli do tego bohatera uprzedzeni i swoistym wyzwaniem było ten stan rzeczy zmienić. Świetna postać na PBF, można było rzucać hollywódzkimi tekścikami i ogólnie zaszaleć. Był to wczesny etap Clone Wars, toteż mój Skywalker był jeszcze padawanem. Idealny hero pod kątem grywalności, jakkolwiek z czasem zaczął mi się po prostu nudzić. Teraz z perspektywy widzę, że nie była to najciekawsza postać Jedi, w jaką się wcielałem. Ale sam fakt grania TYM bohaterem dawał mnóstwo frajdy. Ogólnie mało nim wojowałem, za to dużo rozwijałem wątków osobistych (moim zamierzeniem było zostawić Skywalkera na jasnej stronie, co było trudne przy działaniach GMów - ze trzy razy odcięli/odstrzelili mi rękę i ciągle podsuwali jakieś pokusy, by skorzystać z darkside jako najłatwiejszej drogi).
Imperialny gwardzista - ponownie Star Wars, drugoplanowy kanon. Postać była niemal niegrywalna na forum, ale fajnie się było wcielić w fanatyka. Później skonwertowałem go na Mgławicę i drugiego gwardzistę mam do dziś.
Wojak w świecie WoW (nieumarły) - nie pamiętam jego imienia, ale grało mi się nim wyjątkowo dobrze, choć krótko. Miał być archetypicznym kolesiem od miecza, czarnym rycerzem bez duszy, jednak za sprawą psikusa-mechaniki (graliśmy z podręcznikiem do RPG) okazał się niezwykle inteligentnym i charyzmatycznym ożywieńcem i szybko przejął zwierzchnictwo nad drużyną złożoną z czarnych charakterów (taureński szaman, jakiś goblin wynalazca, nekromanta-licz, i coś tam jeszcze mrocznego). Wygryzłem nawet grupowego nekromantę w kwestiach czysto magicznych. Miecza użyłem w grze raz, a całą resztę załatwiałem charyzmą - zastraszaniem, przemowami, popisami wiedzy, zniewoliłem nawet jakiegoś potężnego demona, bo wygrałem z nim zabawę w zagadki. Totalne złamanie archetypu wojaka. Fajnie się grało. Miałem być tankiem, zostałem taktykiem. O ile pamiętam, z drużyny przeżyliśmy tylko Tauren i ja. Ja dlatego, że wydymałem resztę postaci, a Tauren, bo był tchórzem
Charakternik - wioskowy kąkol w sesji fantasy (fantasy bez magii to było, ot, takie udziwnienie). Gracze wcielali się w postacie z wioski - był myśliwy, był jakiś druid-filozof, był cieśla, etc. Moja postać była męskim odpowiednikiem wiedźmy, zielarzem, astrologiem, ogółem takim specem od wróżb i manipulowania tłumem za pomocą grzybów, ziół i znaków na niebie. MG mówił, że nie będzie magii, więc stworzenie postaci czarodzieja dało mi mnóstwo frajdy - gimnastykowałem się że hej i do końca dawałem wiarę, że moja postać jednak magiem zostanie. Było to coś innego, coś nowego. Magia bez magii, sztuczki, zabiegi retoryczne, no niepowtarzalny fun. Postać miała doskonały, wiejsko-pseudonaukowo-retoryczny idiolekt. Co trzeci zwrot był łaciński. Tak bardzo polubiłem tego bohatera, że wykorzystałem go dwa razy, czego zwykle nie robię. W drugiej sesji się niestety nie sprawdził.
Superhero Nietzscheanin - Dorian Gray - sesja wzorowana na watchmenach o łowcach istot nadprzyrodzonych (wilkołaków i tym podobnych). Mój emerytowany superhero był zwyrodniałym psychiatrą (gnębił pacjentów), lekomanem, pedofilem, człowiekiem o ciele greckiego posągu i statystycznie najczęściej chorującym na raka człowiekiem na Ziemi. Cierpiał też na achromatopsję i światłowstręt, był synestetą i całe życie zmagał się z traumą (między innymi pamiątkami na psyche po II wojnie światowej, podczas której był dzieckiem). W młodości był ofiarą eksperymentów radzieckich naukowców (sesja nie zakładała supermocy, ale zjawiska paranormalne już tak) i został przez nazistów uznany za nietzscheańskiego nadczłowieka, aryjczyka doskonałego, zniemczony. Jako superbohater potrafił gołymi rękami skręcić kark wilkołakowi, a jako emeryt skupił się na molestowaniu dziewczynek. Wzorowany był na Dorianie Grayu, bardzo wolno się starzał. Sesja na LI zdechła, ale co rozegraliśmy, to nasze, a mistrz gry za pomysł i wykonanie powinien zostać uznany za geniusza. KP mojego bohatera miała chyba czterdzieści stron, autentycznie dałoby się z tego objętościowo powieść sklecić
Raistlin Majere - kanon z Dragonlance. Sesja Dragonlance, wywalczyłem w otwartym konkursie KP odgrywanie postaci Raistlina (a chętnych było sporo) - nie trzeba więcej. Zajebisty bohater, zresztą mój ulubiony z tego uniwersum. Graliśmy przez g-doc i czasami przez chat, więc nie do końca był to PBF, acz jakieś odnośniki na forach były

. Odegranie jego charakteru nie było wielkim wyzwaniem, ale już powstrzymywanie się przed wykorzystaniem wiedzy off game tak.
Mag-cynik - teraz to się chyba secondlife nazywa. Odgrywałem przez lat kilka czarodzieja w autorskim świecie fantasy. Mało akcji, romanse, dywagacje, no takie simsy fantasy. Mag był cynikiem, głównie pouczaniem innych się zajmował, od czasu do czasu pomógł elfce, która akurat zaszła w ciążę. Potem, żeby było dramatycznie, wyrzekł się magii i został magiem bez magii. Na tego bohatera przelałem sporo z własnej osobowości (x lat temu), właściwie to było takie fantasy alter ego.
Skaven - Warhammer, grałem trucicielem studni. Postać średnio grywalna, nie wpasowałem się w drużynę. Ale samo odgrywanie Skavena było fajne, trzeba było stosować zwroty związane ze szczurzą anatomią i generalnie przedstawić perspektywę gryzonia. Nie pamiętam, jak zginął, ale zginął na bank. Gra polegała na tym, że wędrowałem od wioski do wioski i zatruwałem studnie...
Drow - wojownik - Forgotten Realms, drow, który wyszedł na powierzchnię. Postać powstała na potrzeby sesji w realu, potem trafiła na forum. Nie znał języka wspólnego, więc nie należał do wygadanych. Poznał tylko dwa słowa: "kurwa" i "piwo", co świadczy o typie towarzyszy, których sobie znalazł. Generalnie była to dość komiczna postać, spłonęła na stosie, pochwycona przez wściekły tłum, który drowów nie lubił. Ogromnie za nim tęsknię. Zwłaszcza za momentami, gdy zamawiałem nim w karczmach piwo przy użyciu dwóch poznanych słów...
Korin - tego bohatera wykorzystałem w kilku sesjach fantasy. Młody, przeklęty jeszcze w łonie matki, krwawy rzezimieszek. Sesje z nim zawsze kończyły się jakąś masakrą, najczęściej na niewinnych. Nie miał żadnej profesji ani żadnej specjalizacji, po prostu był sukinsynem. Nadawał się do każdego uniwersum fantasy, a gdzie witał, tam bluźnił, profanował ołtarze, gwałcił, mordował kupców i w efekcie czasami trafiał na szafot. Złoty chłopak. O dziwo zabili mi go tylko raz. Zazwyczaj uciekał katu.
Wampir-pan feudalny - oWoD, Mroczne Wieki, klan Tzimisce. Często tworzyłem w mrocznym wiekach postacie z tego klanu. Ten konkretny wampir był bodaj 9 pokolenia i krwawą ręką rządził w średniowiecznej Polsce jako feudalny pan. Kazał się sławić jako słowiańskiego boga. Chrześcijańskie wampiry mnie ubiły (bodaj Ventrue). Bohater był tyranem, deformował nieposłusznych poddanych, żerował na podległych wioskach, w zamku trzymał zmutowane ogary, sypiał w trumnie. Po prostu realizował stereotyp najgorszego Tzimisce w promieniu stu mil.
W
Wiedźmina rozegrałem parę dobrych sesji forumowych, a wiele postaci napisanych na ich potrzeby na długo zapadły mi w pamięć. Z tych, do których mam największy sentyment:
-
Nazielf - pracujący dla wywiadu Nilfgaardu gemmerski pacyfikator-weteran, Kot z Prowincji rodem z drużyny Stefana Skellena, do tego Czujny (specjalizował się mordowaniu czarodziejów Nordlingów). Nazywam go Nazielf, bo był w przełożeniu na nasze realia bezkompromisowym nazistą, elfim nilfgaardzkim gestapo. Nawet Wiewiórki wydawały się przy nim kochać ludzi. Zginął z ręki drużynowej czarodziejki-zabójczyni (wszyscy w drużynie byli zabójcami), ale wcześniej dwóch innych graczy też wysłał na tamten świat (tak, pozabijaliśmy się w tej sesji

).
-
Zniewieściały wiedźmin - ze szkoły gryfa. No cóż rzec, był zniewieściałym chłopakiem, ale jednocześnie uberszermierzem, taki trochę mangowy model postaci. Nie chciał zabijać potworów, tylko sobie wędrował po świecie i je podziwiał (acz realia go zmuszały, by jednak często je zabijał), a w ogóle zajmował się grą na flecie, bo miał dobry słuch, jak to wiedźmini. Chociaż technicznie nie był prawdziwym wiedźminem, a jedynie dzieciakiem przez wiedźminów wychowanym (wzorowałem go na Ciri). Grałem nim chyba łącznie trzy sesje w wiedźmina, dwie w realu i jedną na forum. W jednej został zabity (w uczciwym pojedynku przez samego Bonharta!) w drugiej... też został zabity, dla odmiany przez siepaczy któregoś króla i w trzeciej chyba rozszarpał go gryf. Więcej go z grobu nie wyciągam. Chyba mój ulubiony autorski bohater w tym uniwersum.
-
Czarodziej, (prawie) członek kapituły - jeden z najbardziej dopracowanych przeze mnie bohaterów, niestety grałem nim raptem miesiąc czy dwa, bo sesja na LI zdechła (byłem temu współwinny). Pozostali gracze do samego końca nie wiedzieli, kim jestem, celowo podsycałem ich domysły. Obstawiali głównie, że jestem wampirem jak Regis. Mój czarodziej nigdy nie rzucił w ich obecności klasycznego zaklęcia, zawsze działał pośrednio albo tak, by wyglądało to naturalnie (np. przedmioty spontanicznie wybuchały ogniem). O dziwo KP tego bohatera była bardzo krótka, miała raptem trzy-cztery strony.
-
Kupiec-wynalazca - kupiec, bo handlował (fisstechem głównie), a wynalazca, bo wynalazł pistolet i chętnie go używał. Chciwy, gruby drań dołączyłem nim do gotowej drużyny, w której nikt mojego bohatera nie polubił. Kupiec zginął, a wcześniej zastrzelił wynalezionym przez siebie pistoletem drużynowego wiedźmina.
-
Kayleigh - jednostrzałowa sesja kanonami-Szczurami (po prostu burdę zrobiliśmy w wiosce), niestety nieskończona. Kayleigh to moja ulubiona postać, dlatego też go wybrałem. Niestety nim dużo nie pograłem, a szkoda i kiedyś chcę to naprawić. Zepsuty dzieciak z ostrym mieczem i szybkim koniem.
Trener Pokemonów - ledwo pamiętam, kim był i nawet o co mu chodziło, ani dlaczego w ogóle grałem w Pokemony (młody byłem no). Ale wiem, że zamiast trenować pokemony, mój bohater zaciągał do łóżka trenerki i w ten sposób zdobywał odznaki, bo w Pokemonach o odznaki chodziło.
Skrzydlata - rzadko, bardzo rzadko wcielałem się w postacie kobiece, ale mi się zdarzyło. Grałem anielicą na pbfie podobnym do HG, akcja się rozgrywała w niebie. Anielica była stróżem, mocno zagubionym w pełnym przemocy świecie, reprezentowała cechy typowej dorastającej nastolatki (z tym, że nie mogła nigdy dorosnąć). Miała pecha, bo każdy, kim się opiekował, umierał w męczarniach/miał wypadek. Taki pechowy anioł stróż. Później ją porzuciłem na rzecz innego bohatera (męskiego

) na tym samym forum.
***
Obecnie gram sobie na Mgławicy multimiliarderem arystokratą-stoczniowcem, kolesiem mającym wyrąbane na Ciemną i Jasną Stronę Mocy, jednocześnie będącym w tej Mocy skazą, przy tym metroseksualnym projektantem-geniuszem ala Tony Stark z filmowego Iron Mana. Postać porzuciła życie w luksusie na rzecz cholera wie czego. Lubię pogmatwanych bohaterów
Jak sobie przypomnę coś fajnego, to dopiszę, skoro już się tak chwalę

Paru innych bohaterów wymieniłem w tym poście:
viewtopic.php?f=11&t=64&p=952#p952***
Wnioski mam takie:
- lubię grać postaciami magów w fantasy
- from zero to hero jest imo przereklamowane, postać z porządnym zapleczem fabularnym zawsze bardziej mnie bawiła
- zdecydowanie często tworzę postacie nazistów/odpowiedników nazistów (trzeba to przemyśleć

)
- kanony są cool
- prawie wszyscy moi bohaterowie giną i to też sprawia mi fun, bo mogę stworzyć nowych

All Bette's stories have happy endings. That's because she knows where to stop. She's realized the real problem with stories - if you keep them going long enough, they always end in death.
Sandman #6: "24 Hours"